Części II

Dobry dzień. :)
Jakoś tak się stało, że tradycyjnie wrzucam notę na święta (przypadeg? nie sondzem).
Mam nadzieję, że ucieszy Was taki skromny ode mnie prezent i zasiądziecie do wigilijnych stołów pełni feelsów do rudego socjopaty i blond piromana, których sobie osobiście wybitnie ukochałam.
Lalkarstwo poprawia się powoli, ale skutecznie - nie zarzucę więc terminem. Mogę tylko powiedzieć, że pojawi się tu prędzej czy później, natomiast z pewnością w mniejszym odstępie czasu niż przez ostatnie dwa lata. Odzyskałam odrobinę życia i weny, mam więc w planie tchnąć je w ten skromny kawałek moich internetów. ♥
Dla zainteresowanych - założyłam również Wattpada (LINK), więc można śmiało mnie tam czy mailowo nękać.
Na koniec chciałam podziękować tym, którzy cały czas są ze mną duchem i wspierają moje wzloty, chociaż pojawiam się i znikam. Bardzo wiele to dla mnie znaczy. Ogromne dzięki!
A teraz nie przedłużam już. :)
Zapraszam do czytania!
Dajcie znać, co sądzicie. ♥

PS Jeśli ktoś chcę być powiadamiany na FB (lub zwyczajnie pogadać), podaję moją stronkę (wyślijcie mi tam wiadomość prywatną, że chcecie info o blogu) -> LINK
------------------------------------


VI.



Wiatr szumiał.
Poruszał z szelestem łany żyta wmieszanego w kępy traw. Lato miało się ku końcowi.
- I to ma być morze?
- Nie powiedziałeś jakie morze. Więc wybrałem sam.
Rude włosy Sasoriego falowały w wietrznych podmuchach. Lubił to uczucie, wyciszało go. Przymknął wolno oczy, splatając brudne od smaru dłonie na zgiętych kolanach.
Czas zatrzymał się, gdy siedzieli w ciszy na tej kładce, śledząc wzrokiem wolno kołyszące się zboże. Synonim urodzaju. Prawdziwe, żywe morze ziarnistego złota. Groteskowy był ten widok dla oczu poznających dobrze tylko krew i śmierć. Jak kicz z taniego obrazka.
Konstruktor oddychał miarowo, chłonąc całym sobą spokój tego miejsca. Doskonale wiedział, że nie miało to potrwać długo. Jak zresztą wszystkie przyjemności, których kiedyś doświadczył, choć ta była wyjątkowo niezmącona i przesiąknął nią już całkiem.
- Niewielki miałeś ten wybór.
- Wystarczający.
Deidara przeniósł wzrok na partnera i obserwował przez chwilę jego naznaczoną zmęczeniem twarz. Prawie już nie myślał o tym, że trud, który włożyli w przeżycie, wyczerpał ich do cna. Opadli z sił do tego stopnia, że nawet sen nie przynosił ulgi. O ile w ogóle nadchodził, co nie zdarzało się często. Noc była długa, a każdy szelest w gęstej mgle brzmiał jak szept ścigającej ich wojny.
Nie mieli czasu nawet na chwilę wytchnienia, odkąd tamci zdołali ich namierzyć. A potem ciągła wymiana ognia i ucieczka na oślep, byle daleko, póki silnik całkiem nie wysechł.
- Wyjątkowo dziś jesteś wymowny.
Sasori nie odpowiedział. Chłopak westchnął, wyczuwając koniec rozmowy. Mgła nad polami przesycona była ciszą, a partner nie odpowiadał już nawet na jego zaczepki. Po raz kolejny zerknął przez ramię na majaczący w oddali zarys statku, który parę dni wcześniej niósł ich nad linią chmur, gdzie wszystko wydaje się odległe i proste. A potem spadli tu, w tej dziurze. Na szczęście Sasori znał mechanizm na pamięć i w porę zdążył zamortyzować upadek, by nie rozbili się w drobny mak. Deidara po raz kolejny zawdzięczał mu życie, choć teraz miało to już nikłe znaczenie. Bo co mogli znaczyć w środku szczerego pola, wycieńczeni, brudni, głodni i bez nadziei na wsparcie?
Wehikuł nie był zdatny do lotu tak długo, jak nie mieli paliwa, by wzbić się w powietrze i uruchomić solarny napęd. Paliwo z kolei było tylko tam, gdzie ich twarze na plakatach zdobiły każdy słup, każdą tablicę ogłoszeń i każde inne zasrane miejsce, w którym tłumnie gromadzili się ludzie. Hidan powiedziałby, że byli w czarnej dupie. No właśnie, Hidan.
Deidara, mimo wszystko, lubił Hidana. I pewnie uśmiechnąłby się na wspomnienie dawnego kolegi z szeregów ,,Brzasku”, gdyby nie pamięć o okolicznościach, w jakich widział go po raz ostatni. A on bardzo, ale to bardzo nie chciał tak skończyć. Nawet mimo całego zgiełku trupów i wojny. Nie w ten sposób i nie tak młodo. Nie byle jak.
Spojrzał machinalnie na wyblakłe rękawy płaszcza, z których parę dni bezskutecznie próbował zmyć wspomnienie tamtych chwil. Ciemnobrązowe plamy za nic w świecie nie chciały puścić, nawet potraktowane rozpuszczalnikiem. Nie śmierdziały już jednak przynajmniej paskudną mieszanką strachu, błota i krwi, tylko wypłukaną chemią. Wciąż jednak były sztywne i brudne.
Może na pamiątkę.
- Nie patrz już. - Głos Sasoriego przerwał ciszę.
Deidara wzdrygnął się, ściskając mocniej jego dłoń. Wiatr zaszumiał głośniej.
- Już nie patrzę.





VII.


Biegł szybko, na ile tylko pozwalały mu nogi. Płuca paliły go żywym ogniem przy każdym łapczywym wdechu, niezbędnym by dalej biec. Stopy zdrętwiały już w przemoczonych butach, jednak nic nie było w stanie stłumić gorejącej w nim euforii, płynącej prosto z ciężkiego kanistra chlupoczącej ropy. Butla była śliska, lepka i potwornie nieporęczna, kochał ją jednak całą tą resztką miłości, która gdzieś w nim jeszcze pozostała po tym wszystkim, co przeżył i zobaczył. Zanim staruszka sprzedawczyni zorientuje się kim był, będą już daleko. Bardzo daleko stąd!
Deidara przyciskał ładunek do piersi, zwolniwszy tempo dopiero widząc partnera na horyzoncie.
Sasori stał na krawędzi drewnianego pomostu, przecinającego od połowy pole, blady jak ściana i równie nieruchomy. Od początku był przeciwny temu pomysłowi, jednak chłopak uparł się i wyślizgnął, kiedy ten zajęty był reperowaniem pozostałości statku. Mechanik był wściekły. Deidara wiedział o tym doskonale, mimo wszystko nie mógł powstrzymać radości, rozjaśniającej jego młodą twarz, absurdalnie zbyt ładną na realia wojny.
Jego postać zawsze przywodziła partnerowi na myśl historie z czasów, gdy na ziemi dziko rosło cokolwiek, prócz modyfikowanych genetycznie zbóż, zdolnych przetrawić skażoną glebę. Był jak żywa roślina, pnąca się w słońce, na polu żyznym ciałami ofiar tego konfliktu.
Sasori nigdy nie mógł wybaczyć sobie, że nie było go tam wtedy, gdy chłopak stracił lewe oko. Miał wówczas inną misję i nawet ta krótka rozłąka starczyła, by rozstał się na zawsze z tak cenną częścią zdruzgotanego dawno świata. Jedno z dwóch odbić nieba, które dawno temu zasnuły gęste kłęby chmur, bezpowrotnie przepadła. Deidara śmiał się, przecież to tylko oko. Mogło być o wiele gorzej, jednak rękę udało się odratować. Sasori był innego zdania. Nic już poza tym nie miało dla niego wartości.
Nic prócz czarnego złota, ściskanego kurczowo w ramionach ledwo niesionego przez własne nogi, wybuchowego artysty. Wiatr targał jego długie, teraz matowe blond włosy, opadające w chaosie na twarz.
- A nie mówiłem?! - krzyknął, wypluwając sklejone kosmyki z ust. - Nigdy mi nie ufasz!
Mechanik ściągnął wargi.
Odczekał, by bez słowa odebrać kanister i odejść w milczeniu napełnić bak. Wiatr świszczał przeciągle, wpychając słowa z powrotem do gardeł, nie to jednak było przyczyną.
Sasori dawno, dawno temu nie był na niego taki zły.
I tak szczęśliwy, że szybko wrócił.





VIII.



Mokre od potu włosy znów opadły mu na twarz. Szyby we wnętrzu parowały z gorąca. Deidara oddychał nierówno, myślami śledząc ruchy palców Sasoriego, pochylonego nad nim w półleżącej pozycji. Rozłożony na płasko czarny fotel pilota zaskrzypiał cicho.
- Sasori, na litość boską - wydyszał półgłosem. - Oni zaraz tu będą.
- Dla nas nie ma litości, kocie. Nie nauczyłeś się? - odszepnął mu w szyję konstruktor. - Ani ludzkiej, ani boskiej. Ani, tym bardziej, mojej teraz dla ciebie.
Deidara sapnął. Ręce rudego na pamięć znały mapę jego ciała.
- Więc tak wyobrażasz sobie godną śmierć?
Sasori uśmiechnął się w sposób, który bez słów mógł posłużyć za odpowiedź. Tak też go zresztą kochanek odebrał - zmiękł zupełnie, czując gorąc, narastający w nim z każdą chwilą i każdym posunięciem chłodnych palców. Mimika i głos partnera od zawsze działały na niego jak afrodyzjak. Zwłaszcza wtedy, kiedy oboje świadomi byli odliczonego czasu, jaki im pozostał. Ostatecznie nie co dzień kochali się bezwstydnie w kokpicie kradzionego rządowego statku.
- Będę szybki, jeśli tego sobie życzysz - obiecał, kroczem ocierając się o rozpalone już dawno krocze blondyna. Kąciki jego ust znów uniosły się nieznacznie. Deidara nie potrzebował już ani chwili dalszej zachęty. Po raz kolejny jego męska w końcu duma uleciała w powietrze, mimo szczerego zaparcia i chęci. Był na siebie zły, że znów dał się podejść. I to w takiej sytuacji, kiedy śmierć deptała im po piętach.
- Nie zachowuj się, jakbym był jednym z twoich dzieł. - Skrzywił się, palcami odnajdując jego sutki. Sasori stęknął cicho, opierając czoło o głowę partnera i poddając się pieszczocie. Deidara dawno już odkrył ten słaby punkt kochanka, rzadko jednak miał okazję go wykorzystać - konstruktor lubił całkowicie panować nad sytuacją. Tymczasem teraz mruczał cicho, pozwalając sprawnym rękom partnera dotykać na przemian trzech najczulszych punktów swojego ciała, póki echo niedalekiej eksplozji nie dotarło do ich uszu.
Artysta zamarł. Sasori uniósł głowę, spojrzał za siebie, ocenił odległość. A potem westchnął i zsunął spodnie. Fotel skrzypiał miarowo, w rytm stłumionych jęków Deidary.
Nigdy już więcej nie zrobili tego tak szybko i tak namiętnie.






IX.



Płaski klucz szczęknął, dociśnięty do metalowej konstrukcji.
- Sasori?
- Hm…?
- Czego w tym życiu żałujesz najbardziej?
Ciche postukiwanie przybrało na sile. Maszyna chodziła chwilę, by za moment zarzęzić i zatrzymać się. Sasori zaklął niewyraźnie. Wypluł trzymane w ustach śrubki na dłoń i otaksował mechanizm krytycznym wzrokiem. Po chwili intensywnego myślenia zmarszczył brwi, sięgając po śrubokręt.
- Powiedz mi, Deidara - zaczął, nie odwracając się nawet do rozmówcy. - Jak to jest, że takie rzeczy nachodzą cię w najbardziej nieodpowiednich do tego momentach?
Deidara, siedzący pod ścianą w obdartym wraku fotela, uśmiechnął się do jego pleców. Sam nie wiedział czy bardziej z litości do ich obecnej sytuacji, czy z rozbawienia faktem, że żaden moment w przeciągu bardzo dawna nie byłby na to mniej lub bardziej odpowiedni. Partner zwyczajnie próbował go zbyć.
- Będziesz prawił mi morały do samego końca? - spytał, leniwie mnąc w dłoniach C-3. Żółta glina miękła szybko pod palcami, pozwalając formować wprawnym rękom coraz wymyślniejsze kształty. Szczerze mówiąc, wcale nie spodziewał się odpowiedzi. Tym bardziej zaskoczyło go, gdy konstruktor podjął temat:
- Gdybym miał się pokusić o klasyfikację moich błędów - zaczął, nie przestając operować narzędziami przy otwartym mechanizmie - zasadnicze były trzy.
Deidara poprawił się w zapadniętym fotelu i z zaciekawieniem uniósł brwi. Sasori kontynuował:
- Bezsensowna litość. Zbyt długo nie mogłem się z niej wyleczyć. Dasz wiarę?
Ciemne brązowe oczy błysnęły rozbawieniem, gdy odwrócił lekko głowę, by spojrzeć na rozmówcę. Artysta odwzajemnił uśmiech niemal bezwiednie, czując dreszcz biegnący po plecach. Nieczęsto dane mu było słyszeć podobne wyznania z ust największego socjopaty, jakiego spotkał. I który zresztą nie zamierzał na tym poprzestać.
- Niedostateczne zdecydowanie, to po drugie.
- To znaczy? - Obserwowanie mechanika, skupionego na pracy stawało się coraz przyjemniejsze. Chłopak przechylił głowę i podparł ją na dłoni, wpatrzony w pewne ruchy umazanych smarem rąk. Sasori prychnął cicho.
- Sam pomyśl. Gdybym usuwał ich od razu, gdy była okazja, dam głowę że nie siedzielibyśmy tu teraz jak wpędzone w piwnicę szczury.
Deidara zamyślił się na chwilę. Było tak, w istocie, choć sam nie mógł o tym wiedzieć - myśl odnosiła się do czasów, gdy chłopak ledwie zaczynał zabawę z ruchami oporu i nie wiedział nawet jeszcze o jego istnieniu. Nie mógł zaprzeczyć jego słowom ani ich potwierdzić, nie odezwał się więc, czekając aż partner dokończy swoją wyliczankę. On jednak nie spieszył się wcale. Odszukał w przepastnych kieszeniach kombinezonu dwie małe części i przyjrzał się im dokładnie, zanim zabrał się do montażu. Pomieszczenie wypełniła cisza, przerywana metalicznym stukotem i poszczękiwaniem narzędzi. Artysta czekał. Nie chciał przerywać mu pracy, świadomy że może wytrącić go z nastroju do dzielenia się przemyśleniami. A o to wcale nie było ciężko - konstruktor w ogóle nie zwykł wdawać się w podobnie intymne szczegóły na swój temat, nawet w rozmowach z kochankiem. Deidara czekał więc, mnąc glinianą kulkę z coraz większą zaciekłością. Po bardzo długiej chwili milczenia, nie wytrzymał:
- Została jeszcze trzecia rzecz. A więc?
Sasori nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko do siebie na tyle zauważalnie, że siedzący za nim partner dostrzegł jego brudny, uniesiony policzek. Chłopak skrzywił się z rozdrażnieniem.
- Wyczerpałeś swój limit wylewności na dziś?
Tym razem mechanik roześmiał się na głos, ku jego zdumieniu. Zrobił to drugi raz, od kiedy się poznali. Pierwszym powodem były jego osobiste poglądy na sztukę, czego właściwie nigdy mu nie wybaczył. Młody domyślił się więc, że nic przyjemnego w komentarzu nie usłyszy. Ściągnął usta, rozrywając kawałki wybuchowej gliny na strzępy, i miał właśnie cisnąć je w kąt, gdy rudy odezwał się:
- Ty.
Chłopak zesztywniał i podniósł wzrok. Sasori stał przodem do niego, opierając się tyłem o blat i czyszcząc szmatą śrubokręt. Deidara nie mógł odczytać jego na poły rozbawionej, na poły zrezygnowanej twarzy. Splótł ręce na piersi, unosząc w irytacji brwi.
- Że niby co?
Mechanik uśmiechnął się złośliwiej i odwrócił z powrotem do maszyny.
- Trzecim błędem jesteś ty.
Mechanizm zarzęził.
Deidara prychnął. A potem uśmiechnął się. Bo choćby nie wiem jak się starał, zbyt dobrze znał ten ton, by nie zrozumieć. Tłuste plamy na suficie stały się bardzo ciekawe, a ciepły koc nie był już dłużej potrzebny. Konstrukcja klekotała głośno, mimo to mechanik usłyszał odpowiedź. Docisnął śrubokręt i westchnął, zażenowany przez samego siebie.
Nigdy przedtem w życiu nie uśmiechał się czule do zębatych kół.