Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemon. Pokaż wszystkie posty

Skutki Picia Wódki || HiDei

Ok, więc dotarłam. XD Umrę jutro w pracy, ale worth it. 
Mam nadzieję, że nie ma błędów, bo już ledwo widzę na oczy.

Moi drodzy, muszę niestety zapodać tu trochę przykrą wieść - dotarł do mnie link opowiadania, które wygląda jak nieudana zżyna moich motywów z "Lalkarstwa". *chwila ciszy*

- to opko, o którym mowa.
Czy ktoś zna może autorkę? xd Sama nie wiem, dziwnie się z tym czuję. Co myślicie?

No i oczywiście Lalkarstwo też się pojawi, także nie bójcie.♥

Coraz Was tu więcej, więc moja wena się produktywnie raduje~~~~

A teraz zapraszam na mój baaaaaardzo stary, przerobiony zupełnie na nowo HiDei. XD

Enjoy~!♥

----------------------


Upiłem się.
Spizgałem się jak żul i było mi z tym źle. Mojemu żołądkowi również.
Niewinne i przyzwoite plany świętowania własnych urodzin legły w gruzach, przygniatając mnie jarzmem alkoholowej agonii, będącej jedynie preludium następującego po niej kaca. Na domiar złego znowu zbierało się na deszcz.
Pierwsze krople zimnej wody opadły mi na czoło, stawiając kropkę na “i” mego umysłowego stanu.
“Zajebiście”, pomyślałem. Moje mętne spojrzenie powędrowało wolno z nieba na moknący chodnik.
Grawitacja była mi bardzo nie na rękę, podobnie zresztą jak fakt iż po raz kolejny wykazałem się równie wielką inteligencją, co przeciętny kamień.
Mój psychiczno-fizyczny stan jawił się nędzą wybitną, powodującą niemożność mojej osoby do samodzielnego powrotu w azyl suchego mieszkanka.
Od dobrych dwudziestu minut usiłowałem przebyć drogę od baru do domu, co w normalnym stanie zajęłoby mi góra dziesięć. Po drodze zaliczyłem zderzenie z latarnią, przydrożnym śmietnikiem i wpadłem na jakiegoś mohera, co o mały włos nie skończyło się dla mnie wizytą na urazówce. Świat mój przybrał postać wielkiej, niewyraźnej plamy.
Okrutnie w dodatku głośnej.
Zatrzymałem się na moment, by usiąść na murku i spróbować choć odrobinę ogarnąć swoje jestestwo.
Wszystko zdawało się być przeciwko mnie - betonowe kafle pod moimi stopami zaczęły tańczyć Hula, rozpływając się przed moimi oczami niczym w tanim science-fiction. Potrząsnąłem głową.
Chryste, ile ja wypiłem…?
Zagłębiwszy się w mgliste wspomnienia poprzednich kilku godzin, dokonałem obliczeń. Pół litra czystej pękło na samym wstępie, potem było tylko gorzej. Po piątym szocie przestałem liczyć, a nie licząc tortu, waliłem wódę na pusty żołądek, bo przecież jedzenie jest dla słabych.
Przetarłem twarz dłońmi, pokutując w myślach za własne bezmózgowie.
 Ta libacja była przesadą, nawet jak na mnie, dziękowałem więc gorliwie miłosiernej sile stwórczej, że nie chciało mi się jeszcze rzygać. Ten poniekąd błogi stan miałem nadzieję utrzymać póki nie zezgonuję w łóżku, po drodze bowiem zeżarłem paczkę kolorowych gum rozpuszczalnych i niespecjalnie bawiła mnie wizja rzygów w kolorach tęczy.
Wzrok wbiłem w szary bruk. Starając się oddychać głęboko, czekałem na ideę jak dobrnąć do domu i nie rozwalić po drodze ryja na betonie.
Na moje, jak zwykle, nieszczęście, jedyną osobą, zdolną mnie doprowadzić do jako takiego stanu używalności, był Sasori. Sasori, który zaraz po imprezie wsiadł w pociąg do babci, by strugać nowe obiekty fapań dwieście kilometrów stąd.
Co więc mi szczerze pozostało? Nie tak wyobrażałem sobie swoją śmierć, a godności śmierć była to niewątpliwie.
Po dłuższej chwili prowadzących do niczego dedukcji postanowiłem zebrać się w sobie. Kiwnąłem się na murku dwa razy, by przygotować się na nadludzki wysiłek zwleczenia z niego dupska i powrotu do domu, gdy poczułem coś na głowie. I bynajmniej, acz niestety, nie był to deszcz.
Głupkowaty śmiech rozległ się gdzieś z góry.
- Chyba se jaja robisz – Dotarło do mnie oskarżenie. - No nie wierzę.
Przełknąłem ciężko ślinę, bo ów przemawiający do mnie głos był mi znajomy, choć podświadomość krzyczała, że wolałbym by było zupełnie odwrotnie. Ponieważ jednak nie potrafiłem przypomnieć sobie do kogo konkretnie należy, zmuszony byłem uraczyć rozmówcę spojrzeniem. Decyzji tej pożałowałem natychmiast.
- Ja pierdolę - jęknąłem boleśnie.
Nade mną, z godnym psychopaty uśmiechem, stał Hidan. Najwyraźniej wracał właśnie z biby u Kakuzu, bo włosy miał ulizane i świecące od żelu, a koszula ledwo trzymała mu się na ramionach. Gdybym nie wiedział, że to u niego standard, pomyślałbym że szuka klientów do burdelu. Zresztą - u niego byłoby to całkiem możliwe.
- Czego chcesz? – spytałem, starając się zniwelować skutki krążących we krwi procentów. Niespecjalnie mi to wyszło, bo język miałem ciężki, jakbym od wczoraj uczył się mówić.
- Uchlałeś się? – Zignorował mnie, kładąc ręce na moich ramionach i wlepiając gały w moją twarz. Wykrzywiłem z irytacją usta.
- Spierdalaj.
- No co ty - roześmiał się, przeciągając ostentacyjnie głoski. - Deiduś nam się upił? - Pokręcił z rozbawieniem głową, cmokając i targając mnie za policzek.
Zakląłem wściekle, odpychając go z rozmachem. Przez moment szamotaliśmy się w akompaniamencie moich obelg i jego kretyńskiego chichotu, a potem złapał mnie za ręce. Próba wyrwania ich z uścisku skończyła się wyjątkowo komicznym wpadnięciem mu w ramiona.
Zawyłem.
Mój farbowany na siwo oprawca pokręcił z dezaprobatą głową. Przyklejony do jego twarzy uśmiech rozpalał we mnie chęć ciśnięcia w niego stojącym obok autobusem.
- Easy, misiu  – rzucił niedbale, pociągając w górę moje cielsko. Stanąłem niepewnie na nogi, czując upokorzenie piekące mi twarz. - Papa zabierze cię do domu.
- Urwę ci jaja - odparłem tylko.
- Tak to się teraz dziękuje za pomoc? - Spytał, jakby udzielał dziecku reprymendy. Poczułem, że para zaraz wyleci mi uszami.
- Nikt cię o nic nie prosił, obsrańcu - warknąłem, nie przestając się wyrywać, a on nazwyczajniej w świecie poprawił sobie na karku zarzuconą tam przez siebie moją rękę i począł holować mnie drogą w sobie tylko znanym kierunku.
- Nadpobudliwy jesteś jak wypijesz - zaśmiał się.
Wypuściłem głośno powietrze, warcząc na niego jak spętane dzikie zwierzę. Próby uwolnienia się z objęć skończyły się druzgocącą klęską, nie pozostało mi więc nic innego, niż poddanie się i powłóczenie nogami w rytm jego kroków.
Beton podskakiwał mi w oczach. Podeszwy stukały. Krople deszczu spadały mi na twarz, przyklejając do czoła grzywkę.
- Śpiący? – odezwał się po chwili, wyrywając mnie z pijackiego letargu. Był wyraźnie i niepokojąco zadowolony z sytuacji. Szczerze mówiąc, wolałem nie wiedzieć dlaczego, bo nie zdziwiłbym się specjalnie, gdyby zamierzał odprawić Czarną Mszę ze mną w roli ofiarnej dziewicy.
- Nie - odpowiedziałem. Było to zresztą zgodne z prawdą, bo nie ufałem mu na tyle, bym mógł pozwolić sobie na uśpienie czujności. Prawda, byłem pijany jak średniowieczny lump i podobnie wyraźnie mówiłem, ale ostatki trzeźwego myślenia czuwały nade mną w roli anioła stróża. - Gdzie idziemy?
- Do domu.
Jego wesołość nie wróżyła nic dobrego. Mijaliśmy kolejne uliczki w rozrywkowej części miasta, a mnie coraz bardziej niepokoił fakt, że mój dom był kompletnie w inną stronę. Miałem naturalnie świadomość, że zdałem się na łaskę najbardziej nieobliczalnej osoby, jaką znam, dlatego też modliłem się w duchu, by nie zaprowadził mnie faktycznie w jądro którejś jego erotycznej speluny. Zanim jednak zrozumiałem jego zamiary, wpisywał już kod do klatki, a przede mną pojawił się długi jasny korytarz.
Zamrugałem szybko, oślepiony jaskrawym światłem.
- Ty chyba zdurniałeś - wydusiłem, zatrzymując się przed drzwiami windy.
Skąd - parsknął, naciskając guzik. Drzwi otwarły się, a ja, nim zdążyłem zareagować, zostałem bez pardonu wepchnięty do środka.
- Pojebało cię do reszty? - wściekłem się całkiem, kiedy wybrał piętro, zagrodziwszy mi drogę ucieczki. - Wypuść mnie, wracam do domu.
- W tym stanie, to wrócisz najwyżej na ulicę - zarechotał głupio, gdy ruszyliśmy w górę. - Uspokój się Dei-Dei, spanko u mnie chyba cię nie zabije.
Zdania byłem zgoła odmiennego, skomentowałem więc ten pomysł niecenzuralnie, nie pomijając aspektu jego twórcy. Nie chciało mi się wierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze. Pozbawiony wszelkich sił pozwoliłem się wywlec na klatkę, a potem przez próg jego wypasionej kawalerki.
Połowę miejsca w przedpokoju zajmowała niska szafka na buty. Hidan pozbył się trampek, odwiesił wypchaną nerkę na hak i spojrzał na mnie pytająco.
- Może zdejmiesz te twoje patologiczne skórzane trepy? - Zasugerował, mierząc zdegustowanym wzrokiem moje uświnione od góry do dołu glany.
- Gość w dom, brud w dom. - Uśmiechnąłem się wrednie. - Nie chce mi się schylać.
- Sam tego chciałeś - odparł, po czym bez większego wysiłku usadził mnie na wspomnianej komodzie. Nazwałem go bardzo nieprzystojnie, krzywiąc się i patrząc jak zabiera się do ściągania ze - mnie butów.
Wiążę na dwa supły - poinformowałem go mściwie, choć nie bardzo dało to efekt - po dłuższej chwili moje cudeńka wyjądowały na wycieraczce, a ja zostałem zarzucony jak mięso na plecy i wywleczony do pokoju. Kres mojej cierpliwości nadszedł jednak rychło, gdy ów patologiczny okaz ludzkiej małpy wysadził mnie prosto na stojące przy ścianie małżeńskie łóżko.
Podniosłem się do siadu  i spojrzałem na niego jak na idiotę.
- Nie będę z tobą spał – przeszło mi przez gardło.
- Będziesz – odparł, odrzucając koszulę w kąt i nachylił się nade mną. Jakaś część mojej podpitej podświadomości uznała, że on cholernie ładnie pachnie. Wciągnąłem głośno powietrze, zirytowany samym sobą.
- Chyba śnisz - zaperzyłem się.
- Ależ nie.
- Tak.
- Nie.
- Nie nachylaj się tak. - Był coraz bliżej.
- Bo co?
Nim zdążyłem wygłosić odpowiedź, jego usta znalazły się na moich, kneblując mnie skutecznie. Wstrzymałem oddech. Ściskając w rękach pościel i czując pulsujące w uszach tętno wiedziałem, że nie mogłem już zrobić kompletnie nic. Nie to jednak było najbardziej wkurzające.
Siwy głąb przesunął językiem po mojej dolnej wardze, czekając na zaproszenie, które po sekundzie wahania mu dałem. Zrobiłem to jednak wbrew wszelkim zasadom i wyłącznie z powodu pijaństwa. Pytanie brzmi więc: po co?
Bo byłem doskonale świadom, że cholernie dobrze całował.
Gorąca fala oblała mnie, gdy zabawiał się moim językiem, pewnym uchwytem dłoni odchylając mi w górę twarz. Jego pełne aprobaty pomruki miały w sobie coś, co zwalniało wszelkie trzymające mnie hamulce. Nie potrzebowałem ich już zresztą wcale, a nie chciałem tym bardziej. Kiedy wreszcie oderwał się, by zaczerpnąć oddech, czułem już, że dosłownie i w przenośni płonę.
Hidan oblizał ze śliny usta, chwytając moją brodę mocniej.
- Jesteś zajebiście słodki - stwierdził.
Prychnąłem głośno.
- A ty zajebiście głupi.
- Wyglądasz jak bohaterka dobrego pornola. – Uśmiechnął się i przejechał mi palcem po rozgrzanym, czerwonym policzku. - Szkoda, że nie mam lateksów.
- Zamknij się – warknąłem. Jego ręce zabrały się za guziki mojej koszuli, rozpinając je jeden po drugim. Gdy odpiął ostatni, zatrzymał dłoń na moim pasku. Zagryzłem wargi.
- Possać ci? - spytał, pociągając lekko za klamrę.
Skrzywiłem się mocniej.
- Jesteś wkurwiający.
Perwersyjny uśmiech na jego twarzy pogłębił się.
- Jaki groźny Dei-Dei. Jaki niedostępny. Ściągaj to z siebie.
- Wybiję ci rano zęby.
- Nie mogę się doczekać. - Szczęknęła klamra paska, zgrzytnął odpinany rozporek. Podparłem się nisko na rękach, z tętnem szumiącym w uszach obserwując łaskoczące mnie w brzuch siwe włosy. Hidan przyklęknął na ziemi pomiędzy moimi nogami, chwytając moje biodra i znacząc od pępka w dół linię z mokrych pocałunków. Przygryzłem knykieć, a on przez dłuższą chwilę nie odzywał się już wcale.
Stęknąłem w dłoń, gdy przesunął językiem po moim penisie. by zatrzymać się na główce i wsunąć ją sobie do ust. Ssał i lizał ją delikatnie, poniżej poruszając niespiesznie ręką.
Moje opanowanie wisiało na włosku.
Głośne reakcje dusiłem w sobie, póki nie oderwał się ode mnie, a jego usta zawędrowały z powrotem do mojej szyi. Oddychałem urywanie, mięknąc pod wpływem łapczywego spojrzenia ubranych z fioletowe soczewki oczu. Ta zabawa podobała mu się ewidentnie. Westchnąłem głośno, gdy ścisnął moje sutki, a on wpił się w moje wargi, zmuszając mnie do uległego pocałunku.
Z każdą ciągnącą się sekundą mocniej czułem pożądanie wobec mego niespodziewanego kochanka. Ponieważ jednak wciąż byłem pijany, trzeźwe myślenie pozostało na rozpoczynającym tę historię murku. Skutki były nad wyraz bolesne.
Hidan podniósł się z kolan i przesunął mnie głębiej na łóżko. Bez zbędnych komentarzy zrzucił z siebie spodnie i koszulę, których i ja byłem już dawno pozbawiony, po czym - nim zdążyłem ogarnąć rzeczywistość - wpakował się okrakiem na moje biodra.
Jego przyrodzenie bardzo wymownie domagało się uwagi, uwięzione w wybitnie za ciasnych bokserkach. On natomiast, jakby nic sobie z tego nie robił, pochylił się nade mną, napalonym pomrukiem drażniąc moje ucho.
- Ktoś tu przestał się wyrywać - usłyszałem. - Spodobało się, co?
- Postarałbyś się bardziej - odparłem z teatralną dezaprobatą. Na jego pełną triumfu reakcję nie musiałem długo czekać; nie było w niej zresztą miejsca na protest. Jednym szybkim ruchem przewrócił mnie na brzuch, pod biodra wpychając mi dwie miękkie poduszki.
- Teraz lepiej? - spytał, rozbawiony. Na ile mogłem, odwróciłem głowę, by zobaczyć jak pociera swym spragnionym pieszczot penisem o mój tyłek. Zagryzłem wargi. Śmierć męskiej dumy była już bardzo blisko, ekscytacja wzięła jednak górę nad rozsądkiem, zwłaszcza że zsunięte do kolan spodnie uniemożliwiały mi zwinną ucieczkę. Wypuściłem głośno powietrze.
- Naprawdę nie wierzę, że to się dzieje - skomentowałem, śledząc te zabawy bezsilnym wzrokiem . -Hidan parsknął. Wiedziałem doskonale, że nie potrzeba mu dalszej zachęty, nie zaskoczył mnie więc wcale jego następny ruch.
Wtułiłem twarz w pościel, wzdychając cicho, gdy palcami niespiesznie zaczął mnie rozciągać. Słodki w zapachu lubrykant, który wziął się nie wiadomo skąd, spływał w dół moich pośladków, kończąc żywot w prześcieradle. Nie trwało to jednak długo.
Kiedy tylko upewnił się, że nie zrobi mi krzywdy, naciągnął na siebie gumkę i zagłębił się we mnie bez słowa zapowiedzi.
Jęknąłem przeciągle i głośno.
- Hidan, cwelu… - Moje palce zacisnęły się na prześcieradle. Hidan z kolei znieruchomiał, ściskając mnie w pasie i dysząc z podniecenia w kark.
- Aleś ty ciasny  – stwierdził, omal nie kładąc się na mnie.
- Obiecuję ci… - warknąłem, usiłując się rozluźnić -…że pewnego dnia się zemszczę.
On zaśmiał się, odpowiadając mi pierwszym powolnym pchnięciem.
- Obym dożył, żeby to zobaczyć - Jęknąłem, gdy docisnął mnie do siebie.
Następne parę chwil wyryło się w mojej pamięci jako symbioza rozkoszy, cudownego bólu i wstydu.
Ponieważ Hidan nie bardzo miał w zwyczaju uprawiać miłość w wersji romantycznej, limit czułości wyczerpał mu się spodziewanie szybko. Zagryzałem boleśnie wargi, ku zachwyceniu oczywistej persony porzucając próby kontroli własnych głosowych strun i generowanych przez nie dźwięków. Rytmiczny odgłos uderzania jego brzucha o mój tyłek bez wątpienia był słyszalny wszędzie, gdzie jedynie sufit lub podłoga oddzielała przestrzeń od miejsca owej seksualnej kaźni. Wczepione w  poduszkę palce przeniosłem na włosy, jednocześnie ciągnąc się za nie i chroniąc głowę przed systematycznym waleniem w drewno. Hidan posapywał cicho. Długą chwilę posuwał mnie ostro w akompaniamencie swoich westchnień, a moich obelg i jęków. Potem zwolnił, ręką odnajdując moją rozpaloną męskość, by położyć kres ostatkom opanowania. Reszta była kwestią sekund.
Doszedłem z czołem przyklejonym do ramy łóżka, oznajmiając swój szczyt w dalece nieadekwatny do płci sposób. Zaraz potem usłyszałem jego zduszony jęk.
Opadliśmy razem na pościel, drżąc i dysząc ciężko. Wywołana wskutek zmęczenia chwila ciszy była spełnieniem moich wszelkich modlitw, nic co dobre nie trwa jednak wiecznie.
- Mógłbyś może upijać się częściej? - mruknął leniwie, obserwując jak podnoszę własny zewłok do siadu.
Puściłem pytanie mimo uszu, z resztką wymiętej godności udając się do wanny, w której naturalnie dla mego stanu usnąłem.
Już nigdy więcej – postanowiłem sobie potem – nie będę sam pił, a tym bardziej wracał nawalony z baru.
A Hidan… na jedno tylko miałem nadzieję.
By go wreszcie wzięli wszyscy diabli.

Victuri - Złoto | 0


Zapraszam do głosowania w sondzie po lewej - to tylko jeden klik!♥

Witam wszystkich serdecznie. :) 
Dziś mam dla Was coś nowego - poszalałam i postanowiłam na moment oderwać się od "Lalkarstwa". Mam nadzieję, że fani Yuri on Ice się ucieszą, a fani SasoDei przełamią i skuszą się mimo wszystko, bo bardzo żal by mi było zmarnować ten hype, który dopadł mnie podczas oglądania. :D
Kilka słów o fiku:

1. Stawiam powoli swoje pierwsze kroki w tym fandomie, mam nadzieję że nie zawiodę fanów Victuri i modlę się o ciepłe przyjęcie.
2. Ten ficzek miał być lemonem, ale potraktujcie go jako prolog. W miarę pisania go miałam coraz większą ochotę pchnąć historię dalej, czego najpewniej się podejmę, jeśli będziecie chętni dalej czytać.
3. Ponieważ jest to mój pierwszy twór z Yoi, będę wdzięczna za każde słowo uznania czy krytyki, żebym mogła eliminować ewentualne gafy na dalszym poziomie pisania.

Jeśli chodzi o SasoDei - nota na pewno pojawi się w kwietniu. :)

Ten rozdział dedykuję Czytenikom, którzy śledzą bloga mimo moich odskoczni od Naruto.
Wielka miłość dla Was! ♥

A teraz zapraszam do czytania i pozdrawiam ciepło!
Enjoy~


PS Obejrzyjcie Yuri on Ice, dało mi srogie feelsy yay. ;c
---------------------------------------------------




- Yuri...

Wrzask tłumu, odbijający się echem w hali, wibrował ogłuszająco.

Nie czułem nic. Jedynie chłód. Mój umysł sparaliżowany był szokiem i ekscytacją, które wypełniały każdą komórkę mojego ciała. Całego mnie, od stóp do głów. Niesamowicie. Przerażająco. Zbyt intensywnie.

Po prostu płonąłem.

Zrobiłem to.

Usta Victora poruszyły się, niemo składając urwany zlepek słów. Zrozumiałem je wszystkie. Niebieskie oczy lśniły niepokojąco.

Trybuny drżały, a ja stałem pośrodku tafli, łapczywie chwytając oddech i wyciągając drżącą dłoń w jego kierunku.

Zrobiłem to. Wylądowałem je wszystkie. Widziałeś to, Victor?

Szelest kwiatów, opadających na lód, docierał do mnie z zamglonej rzeczywistości.

Oczywiście, że widziałeś. Patrz na mnie. Właśnie tak.

Jego szeroko otwarte oczy i gorejące wypieki były zwycięstwem. To ja wymuszałem na nim to spojrzenie. Bijące ode mnie światło triumfu spętało go, oniemiło, nie pozwoliło odwrócić wzroku. Nie odważyłby się. Nie w takim momencie, pod naporem żaru mojej ekspresji. Był cały mój.

Podziwiaj ulepioną własnymi dłońmi perfekcję.

Nie liczyło się nic więcej. Tylko ja, lód, oszalałe, bolesne bicie serca i on - ściskający czerwone, zmięte wargi; całkowicie obezwładniony tym, co zobaczył. Ogień w mojej piersi palił cudownym bólem spełnienia. Pragnąłem go tylko więcej, choć każdy zachłanny oddech wyciskał z moich oczu łzy.

Widownia zmyła się w barwne, wiwatujące plamy.

Byłem idealny, wiem. Widzę w twoich oczach. Teraz już nie masz odwrotu.

Wolno spuściłem ręce, wyprostowałem się. Publiczność wyła głośniej, gdy kłaniałem się, uśmiechając przez łzy. Wiedziałem już wszystko. Wykruszony moją jazdą z lustrzanej powierzchni śnieg zachrypiał cicho, gdy sunąłem prosto w jego kierunku, nie zadając sobie nawet trudu, by otrzeć spoconą twarz. Jeszcze tylko barierka. Tylko pół kroku.
- Yuri.
Jego ciepłe dłonie otuliły moje policzki. Gorący oddech podrażnił spierzchnięte wargi. Przymknąłem oczy, pozwalając ciężkiej głowie oprzeć się o jego czoło. Płytki oddech unosił moje ramiona.
- Victor.
- Nie powinieneś był tego robić.
Uśmiechnąłem się spod przymkniętych powiek. Perfekcyjnie lądowana czwórka na sam koniec programu wychodziła poza oczekiwania jakiegokolwiek trenera. Również mój miał prawo być zszokowany. Nigdy jeszcze nie zrobiłem tego na treningu, nawet on sam nigdy aż tak nie ryzykował. Jakie miałem jednak wyjście?
Skoczyć lub przegrać. Skoczyłem, Victorze. Teraz twoja kolej.
- Spełnij obietnicę - rozkazałem miękko.
Moje ciemne tęczówki odbiły się w błękicie jego oczu. Wzruszenie, duma i pożądanie walczyły na jego twarzy, tworząc odurzającą mieszankę. Pragnąłem go do bólu. Zaborczo i zachłannie. Tu i teraz.
- Bądź mój, Yuri.
- Jestem twój.
- Tylko mój, na wyłączność. Do samego końca.
- Dam ci każde złoto, Victor. Każde, którego zapragniesz, po które tylko będę mógł sięgnąć.

Każde jedno, po kolei.

Nawet jeśli kiedyś będę musiał odebrać je tobie.



***

Pościel lepiła się do rozgrzanych ciał.

Panorama Sochi nocą była równie piękna jak moskiewska. Zza szerokiej, przeszklonej ściany hotelowego pokoju wdzierało się do środka odległe echo ulicznych świateł. Wystarczająco, by widzieli siebie nawzajem.
Sprawne palce Victora przesunęły po nagim torsie złotego medalisty, zatrzymując się leniwie w okolicach krocza. Dawno już pozbyli się odzieży, nic więc nie stało na przeszkodzie pieszczocie, jaką dla niego zaplanował. Cichy jęk wydobył się z ust chłopaka, gdy dłoń trenera objęła jego rozpaloną męskość. Tak bardzo pożądał tego dotyku. Usta Rosjanina składały delikatne pocałunki na bladej szyi, zostawiając po sobie palące mokre ślady.
- Yuri...
Cichy pomruk omiótł ucho Japończyka.
- Jesteś cudowny.
Yuri westchnął pod wpływem jego słów i ruchów nadgarstka, które - mimo, że powolne - na tyle były wprawne, by dawkować mu wedle uznania rozkosz. Biodra młodszego łyżwiarza mimowolnie wychodziły naprzeciw dłoni partnera, chłonącego ten widok z narastającym podnieceniem. Nie mógł w to zresztą uwierzyć. On, osławiony na cały świat mistrz, Victor Nikiforov, stracił kompletnie głowę przez kogoś, komu wcześniej nie dałby nawet szansy na sukces. Jednak byli tu teraz razem. Odwieczny idol, choć niedoświadczony trener, i niepozorny zgoła chłopak, bijący dzięki jego pomocy jeden światowy rekord za drugim. A teraz olimpijski mistrz, zdolny przyćmić nawet jego własne osiągnięcia. Nie mógł tak po prostu tego zostawić. Uśmiechnął się do siebie na myśl o przyszłych sezonach i tym, co razem mogą osiągnąć. Tak wiele było jeszcze do zrobienia.
- Nie przestawaj, proszę - mruknął z zawodem Yuri, gdy palce Victora przeniosły się w górę, obejmując władczo jego twarz.
- Bądź cierpliwy. Dam ci wszystko, czego zechcesz - odparł Nikiforov, zamykając jego usta długim, namiętnym pocałunkiem. Katsuki nawet nie próbował walczyć o dominację. Poddał się mu całkowicie, pozwalając pieścić swoje wargi i podniebienie, smakując go najlepiej jak potrafił. Chciał być jego i tylko jego. Zazdrośnie, niepoprawnie. Tak, by nigdy nie zapragnął już niczyjej innej namiętności, choćby nie wiem jak bardzo kusząca była.
Gorąca erekcja partnera opierała się o jego podbrzusze, prosząc bezgłośnie o wyczekaną pieszczotę. Chłopak nie mógł dłużej tego ignorować. Nie przerywając pocałunku, cofnął Victora na kolana, a sam usiadł przed nim, obiema dłońmi zaspokajając go wolno. Nikiforov podparł się na wyciągniętej ręce, przygryzając wilgotne usta i wydając z siebie ciche pomruki. Westchnął, zaskoczony, gdy ciepłe wargi Katsukiego objęły ciasno jego penisa. Język Yuriego wodził dokładnie po główce rozpalonej męskości kochanka, podczas gdy oplatające ją poniżej palce przesuwały się w górę i w dół. Dłoń Rosjanina utonęła w gęstych ciemnych włosach, kiedy odchylił głowę, przymykając oczy.
- Co robisz... - wyrzucił z siebie drżąco, ostatkiem sił powstrzymując pragnienie, by samemu nadawać mu tempo. Nie chciał tego, nie dziś. Dziś to on był w jego władaniu. Desperacja, namiętność i pewność siebie emanowały z młodego mistrza, przyprawiając go o podziw i gorące dreszcze. Jeszcze nigdy nie widział go takiego. Yuri pokonał go jego własną bronią.
- Chcę doprowadzić cię do szaleństwa - wyszeptał ten nagle, podnosząc się na moment, by spojrzeć mu w oczy. Żar, płonący w czekoladowych tęczówkach, zdawał się palić kochanka, zmuszał do uznania jego dominacji. - Jesteś mój, Victor. Cały mój.
Wolna dłoń Katsukiego uchwyciła żuchwę swego trenera, nie pozwalając mu odwrócić od siebie wzroku. Ich czoła zetknęły się. Palce drugiej ręki przyspieszyły rytm. Yuri patrzył na niego zapalczywie, obserwował jego reakcje, chłonąc każdy cichy dźwięk rozkoszy. Podniecenie rozlało się w nim, gdy dłoń Victora ścisnęła czarne kosmyki mocniej, przyciskając bliżej jego twarz. Ich języki splotły się, ocierały o siebie, pieściły spragnione namiętności wargi. Chłopak zdawał się kontrolować go dokładnie. Zaprzestał pieszczoty dopiero, gdy westchnienia kochanka zaczęły przeradzać się w tłumione niesprawnie jęki. Victor był już blisko, ale on nie mógł na to pozwolić. Miał dziś dla niego o wiele więcej. Więcej niż kiedykolwiek. Dokładnie tak, jak tam, na lodzie.
Były mistrz oddychał ciężko, jego uchylone wargi lśniły od przerwanego brutalnie pocałunku. Pragnienie posiadania swego ucznia na własność wzbierało w nim, rosło z każdą sekundą. Nie dał mu już więcej czasu. Naparł na niego, chwytając mocno jego nadgarstki i przykuwając je siłą własnego ciała do łóżka po obu stronach głowy. Piękna, chłopięca twarz przybrała napastliwy, służalczy wyraz.
- Co teraz zrobisz, Vitya? - spytał półszeptem, obserwując chciwie jego twarz. Victor uśmiechnął się tylko. Puścił jedną z jego rąk i przysunął powoli dłoń do swoich ust. Oblizał opuszki dwóch pierwszych palców, by zaraz wsunąć je głębiej pomiędzy zaczerwienione wargi. Yuri zacisnął usta. Tłukące się w piersi serce obijało się dziko o jego żebra. Gorące prądy podniecenia zawładneły jego ciałem, w oczekiwaniu na następny ruch. Nikiforov bawił się, działał na jego wyobraźnię, nie mogło jednak trwać to wiecznie. Wyjął mokre palce z ust i przesunął nimi po rozchylonych wargach chłopaka. Katsuki wyciągnął perwersyjnie język, pozwalając posmakować mu jego gorącej śliny. Wiedział, że Victor dłużej już nie wytrzyma. Znał dokładnie każdy jego słaby punkt, a w tej chwili manipulował nimi wszystkimi naraz. Był jak pies, wiodący swego pana na sznurku.
- Teraz pokażesz mi, czym jest twój eros - szepnął mężczyzna wprost do jego ucha, zwilżonymi palcami zjeżdżając w dół. Yuri stęknął, czując wilgoć, drażniącą leniwie jego wejście. Usta byłego mistrza rozpoczęły wędrówkę po linii jego szczęki, gdy zaczął powoli, delikatnie przygotowywać go na więcej. Chłopak jęknął urywanie. Rosjanin znał dobrze sposób, w jaki doprowadzić kochanka do granic rozkoszy. Poruszał płynnie palcami, wyrywając z jego gardła stłumione, namiętne reakcje. Katsuki westchnął głośno, gdy palce ustąpiły miejsca czemuś znacznie większemu, napierającemu na niego nieznośnie. Victor odczekał moment, by złapać czekoladowe spojrzenie. Jego dłoń powróciła w górę; przedramię oparł koło jego głowy, rękę wplatając w rozwichrzone włosy. Oczy Yuriego szkliły się z podniecenia. Wiedział, co nastąpi. Ekscytacja paraliżowała go doszczętnie. Chciał pospieszyć go, sprowokować, ale Nikiforov nie czekał na zaproszenie. Kciuk lewej ręki włożył mu do ust i popchnął biodra w przód, zagłębiając się w nim powolnie.
Z gardła chłopaka wyrwał się jęk. Zacisnął zęby na palcach kochanka, jedną ręką ściskając go za ramię, a drugą przyciskając ciepłą dłoń do mokrych warg. Victor oparł głowę na jego czole, poczynając poruszać się niespiesznie i rozkoszując ciasnym wnętrzem przyszłego męża. Ta myśl napawała go szaleńczym szczęściem. Tak, był tylko jego. Całkowicie na wyłączność. Cudowny, piękny, doskonały. Zwycięski. Tak idealnie pociągający, rozczulający, namiętny i ciasny. Yuri Katsuki, rekordzista i mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym, którego na szczyt poprowadził on sam.
Mężczyzna zagryzł mimowolnie wargę, odejmując błyszczącą śliną dłoń od jego ust. Czuł, że nie powinien się skupiać na sobie. Każdy kolejny ruch bioder przybliżał go do niechcianego jeszcze spełnienia. Katsuki był zbyt podniecający. Leżał pod nim nagi, tak lubieżnie oddany, choć blade rumieńce na jego twarzy nic nie miały wspólnego z zawstydzeniem. To była czysta namiętność. Niemy rozkaz błyszczał twardo w półprzymkniętych, ciemnych oczach, gdy Victor zwolnił, zmieniając ruchy z łapczywych i chaotycznych na płynne, dokładne i głębsze.
- Vitya... - wydyszał, pozwalając mu zarzucić nogi na ramiona. Nikiforow dobrze wiedział, co robi. Dłonie oparł po obu stronach jego głowy, zmuszając tym samym do całkowitego zgięcia kolan, które teraz znalazły się na wysokości brody chłopaka. Odczekał, napawając się jego zaskoczoną miną krótką chwilę, i pchnął niespiesznie biodra, nie mogąc powstrzymać głośnego zachwytu. W tej pozycji wchodził w niego cały, wyprężoną męskością pocierając najczulszy wewnętrzny punkt. Yuri zacisnął palce na siwych włosach, przyciskając kurczowo do czoła spoconą twarz. Jego urywany oddech przepełniło gorące, przeciągłe postękiwanie. - O tak, wł-aśnie tak...
- Czym jest twój eros, Yuri...? - szepnął Victor gorąco, powstrzymując ze słodkim trudem wyrywające się do szybszego ruchu mięśnie. Yuri nie był w stanie odpowiedzieć. Zagryzał mocno wargę, przymykając oczy, w ekstatycznym uniesieniu oczekując na kolejny moment, gdy mężczyzna da mu poczuć siebie tak bardzo, tak boleśnie głęboko w sobie. Kolejny ruch bioder, upragniony moment znów nadszedł. Yuri jęknął przeciągle. Były mistrz uśmiechnął się. Teraz to on doprowadzał go do szaleństwa. Nie mogąc doczekać się oczywistej odpowiedzi, powiódł dłonią w dół torsu ucznia, w rytm swoich powolnych ruchów stymulując jego penisa. Głośny odgłos nagłej rozkoszy wypełnił pomieszczenie. - Czym jest twój eros...?
- Ah, Vitya... Ty jesteś... Tylko ty...
- Jesteś mój...?
- Twój... Cały twój...
Oddech chłopaka przyspieszał coraz bardziej.
- Wyjdź za mnie, Yuri... - Palce Nikiforova ujęły jego wiglotną, oblaną rumieńcem twarz. Katsuki uchylił zaciśnięte powieki. Pewne, zamglone przyjemnością spojrzenie niebieskich oczu nie pozostawiało możliwości wyboru, który zresztą już dawno był podjęty.
- Wyjdę - odparł, dysząc i przełykając wyrwane uniesieniem łzy. - Nie bądź śmieszny. To mi przecież obiecałeś. A teraz daj mi siebie. Kochaj mnie. Posiądź... Dotykaj.

Czym jest twój eros, Vitya...?

Victor wstrzymał chwilę, wpatrzony w niepojętą rozbieżność między hardym wyrazem twarzy kochanka i strużką łez, skapującą wolno z kącików jego oczu. A potem przestał zastanawiać się nad czymkolwiek. Wpił się miękko w jego wargi, wyciszając głośną litanię rozkoszy, wypełniającą teraz wnętrze jego ust. Jego dłonie powędrowały w swoje miejsca mechanicznym odruchem - prawa na spragnioną dotyku, gorącą erekcję, lewa na zgięcie bioder, przytrzymując je bliżej swoich własnych, gdy sięgał w niego łapczywie, możliwie jak najgłębiej. Nie trwało to długo. Yuri zatracił się zupełnie, w amoku błogości wyjękując chaotycznie niezrozumiałe dla kochanka, pojedyncze japońskie słowa. Spełnienie nadeszło nagle, jak prąd wstrząsając rozgrzanym do białości ciałem chłopaka. Katsuki zachłysnął się powietrzem, równocześnie czując mokre ciepło, rozlewające się szybko w jego wnętrzu.
Victor zawisł nad nim, bezskutecznie starając się wyciszyć spazmatyczny oddech. Ręce drżały pod ciężarem jego ciała, gdy obserwował go w ciszy, chłonąc każdy cal oblicza kochanka.
Więc udało się. Posiadł go. Bez odwrotu, bezwzględnie i na wyłączność.
- Kocham cię, Yuri.
Palące krople niepowstrzymanych łez skapnęły na kosmyki przyklejonych do czoła czarnych włosów.
Yuri uśmiechnął się. Tytuł mistrza świata zdał się nagle tak śmiesznie nieistotną, konieczną zaledwie formalnością wobec brzmienia i wartości tych słów. Przymknął wilgotne powieki, czując że żadne inne miejsce na świecie nigdy nie będzie bardziej odpowiednie. Miękkie, siwe włosy przysłoniły mu twarz.
- Ja ciebie też, Vitya. Od zawsze.

Na zawsze i w całości. Nawet nie wiesz jak.

- Ja ciebie też.